Lider frakcji Fidesz Máté Kocsis udzielił wywiadu tygodnikowi Mandiner. Dzielimy się kilkoma przemyśleniami z rozmowy - przygotowanymi przez Dániela Kacsoh i Laurę Szalai.

Czy Fidesz potrzebuje pozwolenia na udział w Pride?

Nie powinno tak być, jeśli ktoś chce wziąć udział, ale nie ma takiej osoby we frakcji. Nie zrozumcie mnie źle, to wydarzenie nie ma na celu stawania w obronie wolności seksualnej lub ewentualnej akceptacji dewiacji, ale raczej brutalną prowokację. Ruch lmbtq nie chroni mniejszości, on atakuje większość. Zniesławianie chrześcijan, szydzenie z węgierskiej tożsamości narodowej, podżeganie do nienawiści, profesjonalne znieważanie polityków rządowych, jeśli mają na to ochotę, „oczernianie” ich i skrajnie liberalna propaganda ukrywająca się za jakąś rzekomą wolnością.

W Brukseli iw zachodniej, ale iw krajowej prasie opozycyjnej, prawo to nazywane jest „ustawą homofobiczną”.
W kręgach liberalnych są bardzo dobrzy w nazywaniu, reinterpretowaniu i piętnowaniu. Nazywanie ochrony dzieci i prawa antypedofilskiego jest prostym kłamstwem . Atak w Brukseli jest oczywiście polityczny, byłoby dość szokujące, gdyby był merytoryczny. A jeśli tak, a ochrona dzieci jest pod taką presją, to w Brukseli jest większy problem, niż myśleliśmy. Pakiet legislacyjny wzmacnia prerogatywy rodziców w zakresie wychowania dzieci, ale nie wspomina o osobach dorosłych. Na Węgrzech każdy żyje swoim życiem prywatnym tak, jak chce, każda inna interpretacja jest fałszywa.

Czy prawo będzie kontynuowane?
To będzie. W dziedzinie ochrony dzieci jest jeszcze wiele do zrobienia, a debata na temat neutralizacji chemicznej w odniesieniu do pedofilów nie jest jeszcze zamknięta. W związku z niedawno uchwaloną legislacją, latem zostaną przygotowane rozporządzenia wykonawcze, które doprecyzują najdrobniejsze szczegóły. Dlatego bzdury gadają ci, którzy już twierdzą, że np. Szekspira czy Safony nie będzie można uczyć w szkołach.

 Zdjęcie: Árpád Földházi

 

Sprawa Pegaza. Zdaniem rządu jest też histeria i fałszywa afera, opozycja domaga się śledztwa.
Jeśli naprawdę nie ma w tej sprawie nic do zauważenia, dlaczego nie może ona trafić do Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego? Bo w tej komisji nie zaszkodzi, jeśli jest podstawa do twierdzenia. Na Węgrzech nie ma nielegalnego podsłuchiwania przez organy państwowe, liberalna prasa propagandowa przyparła lewicowych polityków do muru. Choć rozumiem, że taka sprawa zakończyłaby się sukcesem, to po prostu ich wyobraźnia jest zbyt bujna. Albo naoglądali się zbyt wielu strzelców szpiegowskich. System szpiegowski, jaki sobie wyobrażają, czyli wykorzystanie masowej inwigilacji i gigantycznych systemów zbierania informacji, nie jest placem zabaw małych krajów, ale wielkich mocarstw – Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Izraela. Stąd bierze się dyskusja. Węgry nie grają w piłkę nożną na tym boisku.

Według doniesień prasowych na przykład izraelskie oprogramowanie podsłuchiwało telefony 444 dziennikarzy i polityków opozycji.
To fantazjowanie ma mniej więcej tyle samo podstaw, co wszczepianie czipów ludziom ze szczepieniami. To gorączkowe marzenia, o czym świadczy również fakt, że po mocnym starcie szybko przeszli na tryb warunkowy również w prasie Ballib. Teraz i tak walczą o utrzymanie tematu. Ich wynalazek to kwalifikowana bzdura, bo nawet gdyby tak było, podsłuchujący nie miałby o tym pojęcia. Dziecięcy heroizm i męczeństwo, które nie ma logicznego sensu. Zaznaczam, że ostatni raz politycy opozycji byli monitorowani za rządów Gyurcsány'ego. W latach 2006-2009 tajne służby współpracowały z podziemiem w zbieraniu danych na temat prawicowych polityków. Szilvásy, Laborc, Portik, jeśli jeszcze pamiętasz.

Cały wywiad tutaj .

Obraz otwierający: magyarnemzet.hu

Zdjęcie: Árpád Földházi